.Germany

Jak nie dojeżdżać z Münster i nie lecieć z Düsseldorfu

„Każde twoje wyjście z domu to jak wyjście na wojnę”

– mąż mój

Co? Dojazd na lotnisko oraz wylot z Düsseldorfu. Trochę praktycznych i jeszcze więcej niepraktycznych informacji.

Z kim? Z niespełna półtorarocznym Felkiem

Kiedy? Październik 2018

Dojazd na dworzec w Münster

Główny dworzec kolejowy w Münster (Hauptbahnhof) zajmuje centralne miejsce i nie jest zbyt trudny do odnalezienia. Dotarcie taksówką czy autobusem nie powinno stwarzać problemów. Komplikacje zaczynają się przy próbie dojazdu prywatnym samochodem – ulica na wprost budynku jest bowiem dostępna tylko dla komunikacji publicznej. Dowiedzieliśmy się o tym w takcie wjazdu kiedy to zostaliśmy szczodrze obtrąbieni przez kierowców autobusów. Trochę już nie mieliśmy wyjścia – teraz pokornie czekamy na mandat, bo znając nasze miasto pewnie istnieje jakiś system inteligentnego filtrowania uprawnionych do wjazdu. Nie rozpisując się na temat całego chaosu, który nam towarzyszył i tego jak bardzo nie doszacowałam czasu potrzebnego na wszystkie detale, wspomnę tylko, że na pociąg odjeżdżający o 16:32 dotarliśmy o 16:30. Chyba nigdy tak szybko nie biegłam z dzieckiem w nosidle. Uratował nas niemiecki Ordnung, który kolei zdaje się nie dotyczyć – pociąg był jak zwykle opóźniony.

Oddając się kontemplacji dworcowych widoków przypomniałam sobie, że mój telefon nadal ładuje się w samochodzie – 100% baterii zawsze w cenie, szkoda tylko, że nie ze mną. Szybko pocieszyła mnie wizja drugiego, z polską kartą SIM. No miałam, ale też nie przy sobie, tylo w domu – równie dobrze naładowany. Z lekką trwogą pocieszałam się, że kilkadziesiąt lat temu ludzie podróżowali bez komórek. I zawsze mogłabym poprosić kogoś o pożyczenie na chwilę telefonu, gdyby nie to, że nie pamiętam numeru do męża. Moje rozważania przerwał Konrad (mąż w sensie) wbiegający na peron z moim smartfonem. Po tym jak widziałam jego minę ciągle boję się spytać gdzie i w jakim trybie zostawił auto na czas akcji ratunkowej.

Część pierwsza: Münster-Duisburg

Podróż na lotnisko sponsorowały dwie przesiadki – jedna w Duisburgu (można też np. w Dortmundzie) a druga już prawie na miejscu, do podniebnego pociągu (Skytrain). Pierwsza przejażdżka miała trwać godzinę, do tego w czasie szczytu, dlatego postanowiłam zapłacić za rezerwację miejsca. Planowałam skorzystać z całego dobrodziejstwa przedziału dla małych dzieci. Jechaliśmy już kiedyś do Amsterdamu takim cichym, kolorowym i przestrzennym. Po paru artykułach, które przeczytałam, miałam nadzieję na jakiś mini plac zabaw, miejsce na wózko-walizkę. A jakby obok sprzedawali kawę to już w ogóle super! To wszystko skończyło się w zasadzie brutalnym starciem oczekiwań z rzeczywistością (zdjęcie po lewej vs. zdjęcie po prawej stronie).

W skrócie: wczesne PKP z dodatkowym miejscem na walizkę zamiast jeżdżącego Disneylandu. Felek znalazł przynajmniej jakieś niezbyt działające pokrętła, którymi mógł sobie popokręcać ;).

Na pocieszenie dowiedziałam się od pana konduktora, że pociągi linii łączącej Duisburg z lotniskiem jeżdżą co dziesięć minut. Nie martwiłam się więc naszym coraz większym opóźnieniem. W międzyczasie z głośników rozbrzmiała seria komunikatów na temat przesiadek, również mojej. Nie musiałam zmieniać peronu, tyle co teleportować się z walizką, wózkiem i Felkiem na ziemię z bardzo nieniskopodłogowego pociągu. Osobiście wręczyłabym Nobla wynalazcy nosideł ergonomicznych! Bez naszego musiałabym zostawić bagaż albo dziecko.

Część druga: Duisburg-Lotnisko Düsseldorf

Tym razem upolowałam pociąg z wagonem niskopodłogowym (tu pozdrawiam mojego ortopedę i moją fizjoterapeutkę!). W regionalnych połączeniach to niewielki wyczyn, bo najczęściej chociaż jedno wejście jest łatwiej dostępne dla rowerów, niepełnosprawnych, opiekunów małych dzieci i innych ludzi z kółkami. Tylko czasem trzeba podbiec. W wagonie rowerowo-wózkowym znajduje się też toaleta z przewijakiem, chociaż jak jej później potrzebowałam to była akurat zepsuta ;).

Wskoczyłam zatrważająco szybko jak na ilość kilogramów dzieci i tobołów, które miałam ze sobą. Ucieszona, że poszło tak sprawnie, postanowiłam oddać się błogiemu wypoczynkowi. A nie, zapomniałam, że mam ze sobą znudzone już (ale dzielne!) dziecko i ciągle odjeżdżającą walizkę. Ogólnie na bagaż żyjący własnym życiem polecam rowery, których u nas, w okolicach Münster, na pęczki. Wystarczy powiedzieć ich podróżującym właścicielom, że „o tu, o tę walizkę mogą sobie spokojnie swoje wehikuły oprzeć”. Więcej miejsca dla roweru, bagaż nie jeździ po całym wagonie – win-win situation! Tym razem jednak sami ludzie zapakowani po uszy, ale bez żadnych pojazdów.

Po pięciu minutach złapałam chwilę oddechu. Szybko jednak odkryłam, że napis na wyświetlaczu z trasą pociągu nijak ma się do oczekiwanego „Düsseldorf Flughafen”. W sumie to nie spojrzałam do którego pociągu wsiadam. Trochę skoczyło mi ciśnienie.  Na wszelki wypadek dałam sobie jeszcze jakieś cztery minuty czekania. Potem planowałam zadać któremuś ze współpasażerów TO niezręczne pytanie („Dokąd jedzie pociąg?”). Na szczęście wkrótce wszystkie walizki wylały się tam, gdzie podejrzewałam a my wraz z nimi. Wygląda na to, że wyświetlenie wszystkich stacji pociągu uznano za zbędne.

20181022_171713-1739045236.jpg
Kolejne bardzo profesjonalne zdjęcie strzelone komórą.

Część trzecia: Stacja Kolejowa-Terminal

Sercem w zasadzie już pozbywałam się walizki, ale ciałem byłam jeszcze na stacji kolejowej. Potrzebowałam tylko dostać się do Skytrain’u, który znajdował się na samej górze stacji kolejowej. Winda oczywiście w renowacji, ale kiedyś musi. Na szczęście została jeszcze ruchoma pochylnia, z której skorzystałam. Potem krótki spacer, bilet za 1,60€ i gotowe. Ciągle mam wrażenie, że trzeba było go gdzieś skasować, ale to chyba tylko wrażenie.

Linia ma parę stacji – powinnam wysiąść na drugiej albo trzeciej. Rozwiązanie zagadki zazwyczaj znajduje się na wyświetlaczu informującym, z którego terminala leci dany samolot. Mojego oczywiście nigdzie nie było. Pojechałam wg. mężowych wskazówek („Chyba jakieś dwie stacje jechałem”) i był to strzał w dziesiątkę. Potem odkryłam tajemnicę wielkiej nieobecności lotu do Warszawy – w co drugim odświeżeniu, żeby nie było zbyt łatwo, zamiast „Warsaw” wyświetlany był napis „no data”. Nawet mnie to nie zdziwiło.

20181022_180000-1368238228.jpg
Nasze manatki oczekujące na Skytrain  (na plecach mam jeszcze dwutonowy plecak z rozrywkami do samolotu!).

Lotnisko

Felek był już totalnie znudzony siedzeniem w wózku, więc bez wyrzutów sumienia ustawiłam się w krótszej kolejce do kontuaru (w sensie check-in’u) biznes klasy. Mimo to skończyłam ganiając malucha pod wszechobecnymi taśmami ograniczającymi (ale tylko dorosłych, młodego nic nie ogranicza). Chyba wyglądałam na bardzo zmęczoną – przy oddawaniu walizki nawet nikt się nie przejął faktem, że mamy różne nazwiska i być może uprowadzam dziecko (ale akt urodzenia na wszelki wypadek miałam!). W sumie każdy porywacz po tylu przygodach dałby sobie spokój i poszedł odpocząć samotnie w pierwszym lepszym hotelu. Musiałam być rodzicem. Zostałam przy okazji poinformowana, że lot jest pół godziny opóźniony – to też mnie ani trochę nie zdziwiło.

Tak poza tym poczułam się potem jak w jakimś turboprzyspieszaczu. Obsługa lotniska błyskawicznie nas przechwytywała i kierowała w odpowiednie miejsca, tak że przy kontroli bezpieczeństwa zdążyłam się tylko trochę spocić (ale nic nie musiałam wyciągać z plecaka!). Oczywiście zanim założyłam moje buty, młody przeglądał już asortyment znajdującego się nieopodal butiku Hugo Bossa.

Całe to przechodzenie z prędkością światła, odbiło się na nas pod bramką, gdzie nie działo się absolutnie nic czym moglibyśmy się zająć (arsenał rozrywek dalej trzymałam na czas lotu). Krążyliśmy więc po niezbyt dużym pomieszczeniu, starając się nie zbliżać zbytnio do toalety dla niepełnosprawnych (otwierający świecący guziczek!). Wspólnie oglądaliśmy autobusy, samoloty, a potem już tylko próbowałam uśpić dziecko. Właściwie moglibyśmy rozbić tam namiot.

Co rusz kolejni pasażerowie podchodzili do pracowników obsługi lotniska przy naszej bramce i zaciekle o czymś dyskutowali. Wszystko to było trochę poza naszym zasięgiem (w naszym były już tylko chrupki i książeczki). Tak podchodzili, podchodzili aż nagle wszyscy się rozeszli. Niech przypomnę:

„Każde twoje wyjście z domu to jak wyjście na wojnę”
– mąż mój

Półtorej godziny po planowanym odlocie, nasz samolot został odwołany.

Epilog

Znacznym ułatwieniem w tym całym nielocie z maluchem było to, że voucher na hotel i nowe karty pokładowe dostałam bez kolejki. Jednak zamiast szybko zwolnić miejsce przy ladzie, stałam i nieprzytomnym wzrokiem wpatrywałam się we te wszystkie papiery, które otrzymałam. Potem odwróciłam się w swoją stronę i usunęłam na bok. Usłyszałam zza pleców: „Dziecka proszę nie zapomnieć!”. Ach, no tak! Przynajmniej rozluźniłam kolejkową atmosferę. Dobrze znając siebie, nowe karty pokładowe schowałam bezpiecznie w plecaku. Ale vouchera nie („bo zaraz będzie potrzebny to po co tak grzebać”). Więc go zgubiłam. Ale potem znalazłam. Kolacji i śniadania „w cenie” nie zjadłam, ale za to zaległy lot odbył się już rano, do tego był bardzo przyzwoity. Odnośnie powrotu do domu powinnam napisać już całą epopeję. Głównie odnośnie tego, że niemiecki porządek już nie istnieje ;). Przynajmniej nie na kolei.

3 odpowiedzi »

  1. Matko… ja sie boje leciec samolotem z moja 2, wiedzac, ze zostane odwieziona autem na lotnisko i odprowadzona pod bramki… dzieci, walizka, wozek i jezyk niemiecki, a potem ponad godzina w samolocie z nimi mnie przerasta 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.