.Germany

Święta (prawie) w środku lasu. Jarmark Bożonarodzeniowy w Velen.

O leśnym jarmarku Bożonarodzeniowym w Velen (Velener Weinachsmarkt) dowiedziałam się z lokalnego magazynu (Münster!) czekając w kolejce do lekarza. Okoliczności brzmią może niezbyt nastrojowo, ale kolejne informacje coraz bardziej zachęcały do wycieczki. Oprócz tego, że Velener Weinachsmarkt został opisany jako jeden z bardziej malowniczych w regionie, organizatorzy szczycili się milionem (dosłownie milionem) lampek użytych do dekoracji. Mnie w sumie zachęcał już sam fakt, że impreza znajduje się w lesie.

Dość nastrojowy domek do konsumpcji, np. gorącej czekolady, o którym później.

Jeśli ktoś chce już o jarmarku to będzie dopiero następny akapit. Tu będzie o tym jak bardzo byliśmy chorzy w grudniu.

To że na rzeczony jarmark pojedziemy było dla mnie oczywiste aż do czasu kiedy rozpoczęliśmy rodzinną sztafetę grypy żołądkowej. Nasze sportowe wyczyny trwały prawie cały adwent, czyli czas w którym działają świąteczne kiermasze. Chorobową metę przekroczyliśmy jednak w przedostatni dzień otwarcia destynacji naszych marzeń. Trochę zmęczeni, ale rządni przygód (czy jakoś tak) ruszyliśmy w stronę Velen. Muszę przyznać, że po tygodniu wspólnego chorowania godzina ciszy w samochodzie była balsamem na moje uszy i już po samej trasie poczułam się wypoczęta (aż do momentu kiedy okazało się, że trzeba całkowicie przebrać jedno z dzieci na dwustopniowym mrozie 😉 ). 

O jarmarku

Światełka i las

Zdaje się, że nie zostaliśmy okłamani odnośnie ilości lampek, a może to moje zmęczenie z całego tygodnia zeszło ze mnie w momencie przyjazdu, albo to radość z dotarcia (w końcu!) do veleńskiego lasu – w każdym razie popłakałam się na widok raczej przeciętnie oświetlonej bramy wjazdowej. Kasy i wejście świeciły równie przyjemnie albo i ładniej a tuż po okazaniu biletu gorąco przywitał nas pierwszy koksownik. Sprawił, że wcale nie paliliśmy się do pójścia dalej, ale to nie rodzice mieli tego dnia w naszej grupie wycieczkowej decydujące zdanie (więc poszliśmy).

Jeszcze przed przyjazdem, po samej lekturze strony w mojej głowie powstawały setki przepięknych fotografii – domków obleczonych morzem światełek, kolorowych drzew, stołów zastawionych mnóstwem kubków z grzanym winem i całej reszty lśniącego świątecznego dobrobytu w nastrojowym miejscu. I wierzcie mi – bardzo chciałam naszą wycieczkę w taki sposób udokumentować, ale zamiast wielkiego obiektywu miałam ze sobą dwójkę dzieci (i oczywiście męża, bez którego tego dnia chyba nawet nie wyszłabym z domu). Musicie więc uwierzyć ciemnym, trochę rozmazanym fotografiom, nagraniu ze strony internetowej (tylko włączcie sobie własną muzykę!) albo moim słowom. W każdym razie: było całkiem pięknie a nawet i bajecznie! 

Na samym początku spaceru (czy raczej przepychania wózka przez żwir) dostrzegliśmy fakt, że oprócz szczodrych świątecznych dekoracji i oświetlenia prywatnych stoisk, praktycznie jedyne źródło światła stanowiły reflektory podkreślające obecność drzew. No drzewa i światełka. Cóż tu mogę więcej dodać. 

Atrakcje

To co bywa na jarmarku

Atrakcje nie odbiegały specjalnie od jarmarkowych standardów: stoiska ze wszystkim oraz niczym i co najważniejsze – te gastronomiczne. Odniosłam jednak wrażenie, że wśród tych zakupowych było nieco mniej badziewia niż zwykle – najbardziej chyba spodobały mi się ozdoby z litego drewna i lampek. Ekspozycją wznoszącą się na wyżyny abstrakcji była ta z sekatorami – „O, skoczę sobie na jarmark bożonarodzeniowy po jakiś sprzęt do obcinania gałęzi!”. 

Próbowaliśmy też ustalić stoisko o największym obłożeniu – bawiąc się w detektywów zaraz po miejscu gdzie można dobrać sobie wymarzony pompon do czapki, idąc za tłumem, znaleźliśmy toaletę. To taka wskazówka gdybyście próbowali szukać bez mapy.

Moje ulubione drewniane ozdoby.
Tu już trochę więcej uroczej tandety, ale w bardzo ładnej aranżacji.

Gastro

„Ej, ci ludzie obierają ziemniaki!” – w ten sposób znaleźliśmy miejsce serwujące jedną z klasyk niemieckich jarmarków bożonarodzeniowych, czyli placki ziemniaczane (Reibekuchen). Ogólnie nie zaskoczył nas fakt, że kartofle do placków się obiera. Jednak poświęcenie panów, którzy przy minus dwóch stopniach, na stołeczkach, wokół farelki dzielnie pozbywająca się skórek z pyr, totalnie sprawiała, że chciało się ich wyroby konsumować.
Z tym że my obeszliśmy się smakiem, bo jak się obiecało trzylatkowi gorącą czekoladę to szuka się gorącej czekolady a nie placki zamawia. I szybko rzeczoną czekoladę znaleźliśmy, bo tak jak Glühwein (grzane wino) czy Kinderpunsch jest obecna na każdym rogu. A najfajniejszym rogiem był z pewnością plac z domkami do zasiadania i zajadania (które dumnie prezentują się na zdjęciach powyżej, z pierwszym na czele).
Z niemieckich klasyków, których zapewne próżno szukać na typowo miejskich jarmarkach polecam Stockbrot, czyli chlebek nawinięty na kijek, pieczony na ognisku. W tym przypadku ogień palił się w specjalnych misach na placu między panami obierającymi ziemniaki, panem strugającym kolejne kijki a toaletami (i Glühweinem rzecz jasna).

Świąteczna ciuchcia

Jeśli chodzi o nasze latorośle to niekwestionowanym hitem okazała się nostalgiczna kolejka elektryczna jeżdżąca po nieprzesadnie ambitnej trasie. Jeden naciskał guziki w lokomotywie a drugi naśladował jej dźwięki. Po stanowczo zbyt dużej jak dla nas, rodziców, ilości okrążeń musieliśmy pertraktować opuszczenie kolejarskiego przybytku. Matki i ojców rządnych przygód informuję, że można jeździć z małymi dziećmi. Bez dzieci też – po naszych kilku rundkach prywatny przejazd zafundowało sobie stado całkiem rosłych panów. Rodzice trzymający się na dystans od dziecięcych kolejek docenią za to bezpośrednie sąsiedztwo stolików z szeroko pojętą gastronomią.

Bożonarodzeniowa kolejka pomykająca wśród drzewek

Praktyczne informacje

W tym roku (2018) możecie (a nawet musicie) już tylko zapisać leśny jarmark w Velen na listę miejsc do odwiedzenia. Wizytę planujcie w weekendy, ponieważ impreza trwa od piątku do soboty, przez kilka weekendów. Dobrze jest wiedzieć, że oprócz dogodnego dojazdu autem i dobrze zorganizowanego, darmowego parkingu istnieją autobusy dowożące ludzi z okolicznych miejscowości: Velen, Ramsdorf i Gescher. 

Bilet wstępu dla dorosłej osoby kosztuje 8 Euro.

W 2019 roku mam wielką nadzieję na kolejną wizytę na jarmarku i uzupełnienie informacji (jeszcze przed rozpoczęciem imprez). W razie czego, pilniejszego pytajcie w komentarzach :).


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.