.Food

Poprawiny w Indonezji – skuterem pod prąd

Mam takie podróżnicze historie, które miały wprawdzie miejsce miliard lat temu i ciągle mi tak jakoś smutno że nie opowiedziałam ich wszystkim naokoło. Jedną z nich jest nasza poślubna wizyta w Indonezji. U superznajomych, którzy z racji odległości nie mogli być na naszym weselu

Co? Mnóstwo przygód w Jogjakarcie
Z kim? Z mężem moim i mega znajomymi mieszkającymi na miejscu
Kiedy? Październik 2014

Na dobrą sprawę z indonezyjskich miast odwiedziliśmy tylko jedno: Jogjakartę (potocznie Jogja) na wyspie Jawa. Dokładniej jedną z jego dzielnicKasongan. Miejsce to niespecjalnie przypominało część sporego miasta, raczej wioskę – przed domami ludzie układali swoje gliniane wyroby, a po ulicy biegały kury. Naturalnie wszyscy się znali.
Co do gliny – Kasongan słynie z ceramiki czy ogólniej rzecz biorąc rękodzieła, a my znaliśmy go z tego, że mieszkali tam nasi znajomi. Od dłuższego czasu wybieraliśmy się w podróż poślubną do Tajlandii (sic!) a Indonezja to już w sumie nie tak daleko.

Jak dotarliśmy

Do Indonezji przylecieliśmy z Kuala Lumpur w Malezji, do którego dojechaliśmy autobusem z południa Tajlandii, dokąd dotarliśmy wieloprzesiadkowo z północy tegoż kraju. Poziom komplikacji w naszym stylu. Dodam, że na granicy malezyjskiej od tych bardziej podejrzanych zbierano odciski palców a w tym zaszczytnym gronie znalazłam się również ja. Mój paszport wzbogacił się o specjalne oznaczenie a w każdym kontakcie ze służbami wspomnianego kraju musiałam dodatkowo skanować swoje opuszki. Od czasu do czasu próbowałam z uśmiechem podpytać co to i po co, ale dostawałam tylko wymijające odpowiedzi. Wiedziałam, że źle mi z oczu patrzy.

Ale wylećmy już myślami z Malezji. Na lotnisku w Jogjy było tłoczno i gorąco do granic niemożliwości a jedyne co stamtąd pamiętam to fakt, że prześwietlano nam walizki. Wcześniej zaś należało opłacić wizę. Do tego należność była jakaś podejrzanie wyższa od oficjalnej, ale czego się nie robi dla przygody.

Taksówka do Kasonganu

Od znajomych wiedzieliśmy, że taksówki przy wyjściu z lotniska są dużo droższe i najlepiej dojść do głównej ulicy niezbyt oddalonej od terminala. Oczywiście po drodze mieliśmy jeszcze ze 135 ofert podwózki, niezbyt korzystnych.

Zapomniałam dodać, że w czasach naszej wizyty (październik 2014) transport publiczny w Jogjy był zjawiskiem nieregularnym i raczej egzotycznym. Raz widzieliśmy jakąś ciężarówkę z plandeką wiozącą wylewających się ludzi i to podobno był właśnie miejski autobus. A tak to pozostają taksówki, bardziej na co dzień – skutery.

W każdym razie wsiedliśmy do ostatniego czekającego samochodu przy wspomnianej głównej drodze i sru! Znaczną część trasy stanowiła miejska obwodnica o oficjalnej, jakże oryginalnej nazwie Ring Road. Mimo obecności takowej na mapie żaden z lokalsów, niezależnie od wymowy, nie miał pojęcia o co chodzi (to tak gdybyście kiedyś pytali o drogę). Nie był to jednak nasz problem, bo zapewne każdy taksówkarz wiedział jak dojechać do złotej bramy stanowiącej wjazd do Kasonganu. Na miejscu sprawy się trochę skomplikowały, bo dokładną lokalizację trzeba było wytłumaczyć bezadresowo. Nas poratował opis w języku indonezyjskim, który dostaliśmy wcześniej SMSem. Jesteśmy!

Skutery

W związku z tym, że jedynym sensownym środkiem transportu w Jogjy były skutery, nasi gospodarze wyposażyli nas w takowy. Siłą rzeczy musieliśmy nauczyć się go prowadzić a ponieważ notorycznie próbowałam używać gazu jako hamulca, głównym kierowcą został Konrad. Ja dumnie przyjęłam rolę nawigatorki i zastępczyni brakującego lewego lusterka.

Co nas nieco zmartwiło to duży ruch, jednak szybko odkryliśmy, że jazda w ławicy skuterów, przy niewielkim udziale samochodów jest całkiem przyjemna i sprawia wrażenie bezpiecznej. Jedyna kwestia, która nas czasem niepokoiła to ludzie jeżdżący pod prąd. Z czasem jednak i to nam spowszedniało, poza tym okazało się, że to „tylko podjeżdżający mały kawałek drogi”, którym ciężko się przebić na drugą jezdnię. Po trzech dniach sami praktykowaliśmy ten rytuał.

Wspomniany Ring Road i osobny pas, specjalnie dla skuterów

Tankowanie

Najtaniej i najsprawniej tankuje się na stacjach benzynowych, jednak nie ma się co martwić na zapas brakiem paliwa – istnieje wiele przydrożnych budek, gdzie bak można napełnić prosto ze szklanej butelki. Nie robi się tego samodzielnie a za pomocą sprzedawcy (i lejka). Może to niezbyt opłacalny, ale zdecydowanie mój ulubiony sposób zapełniania baku.

Zbiórki powszechne

Czasami, zwłaszcza pod koniec miesiąca, drogowi policjanci organizowali pobór drobnych nieoficjalnych opłat na większą skalę, dlatego dobrze jest mieć w kieszeni jakąś niewielką kwotę. Ze względu na kwestie religijne, pieniądze należy wręczyć ręką prawą. Łapówki łapówkami, ale używania właściwych kończyn należy pilnować!

Moja stylizacja

Kiedy istnieje ryzyko wywrotki na skuterze, całkiem praktycznie jest nosić długie spodnie. Muszę przyznać, że nie byliśmy zbyt dobrze przygotowani – jedyny egzemplarz jaki miałam w plecaku był białymi, satynowymi portkami od piżamy. Pocieszona słowami „oni i tak myślą, że dziwnie się ubieramy” całkiem dumnie paradowałam w moim ubiorze nocnym. Jak dotąd nie udało mi się tego powtórzyć, ale prawdę mówiąc trochę nie mogę się doczekać kolejnych takich możliwości.

Kasongan

Sama okolica naszej bazy wypadowej dostarczała wielu atrakcji, poczynając od ganku naszego domu, poprzez całą zieleń naokoło aż po kulinaria, o których trochę niżej.

Tak jak wspomniałam, wielu Kasongańczyków (?) trudni się rękodziełem. Przed ich domami siłą rzeczy powstają więc małe galerie sztuki. Bliżej bramy wjazdowej do dzielnicy można naturalnie znaleźć regularne stragany sprzedaży detalicznej. Oprócz standartowych dzbanów, garów itd. widywaliśmy mnóstwo posągów Buddy, jak mniemam na eksport – na islamskiej Jawie chyba przesadnie bardzo się nie przydają ;).

Kuchnia

Jeśli macie ochotę skosztować lokalnych trunków, proponujemy wyprawy na bardziej chrześcijańskie wyspy ;). A na pizzę jedźcie jednak do Włoch, bo podobno ta indonezyjska ze względu na ser nie wychodzi najwspanialej na świecie. Oczywiście Jogja dostarczyła nam mnóstwa innych doznań kulinarnych a także lokalnych porad dotyczących zdrowego odżywiania.

Owoce są niezdrowe

Nie ma co ukrywać, że kasongańscy sąsiedzi spoglądali na nas z takim samym zaciekawieniem jak my na nich. Szybko zauważyli, że nasi znajomi wsuwali codziennie (a my z nimi) nieco bardziej kontynentalne śniadanie: müsli z mlekiem i owocami (i w tym upale to jeszcze z kostką lodu). W trosce o nasze zdrowie poinformowali, że „owoce na śniadanie są niezdrowe – trzeba jeść ryż”. Ten ryż to w ogóle zjadany jest wszędzie, w ilościach hurtowych.

Okoliczna gastronomia

Tylko w naszej okolicy istniało sporo miejsc, w których można było zjeść. Często były to przydrożne, prężnie działające gastronomie, czasem przydomowe kuchnie otwierane w momencie kiedy zapukaliśmy z wizytą. Te drugie serwowały najczęściej nasi goreng, czyli smażony (a jakże!) ryż lub makaronowy mie goreng. Do tego obowiązkowo owocowy napój z bryłą lodu.

Kasongański mie goreng

Panga po indonezyjsku

Lokalni Jawajczycy mieli kulinarnego hopla, którego nie byliśmy w stanie zrozumieć – chodzi o lele, czyli rybę, która nie zachęca ani swoim wyglądem ani sposobem (raczej syfnej) chodowli. Niemniej jednak była dostępna w większości knajpek i o zgrozo wszyscy się nią zajadali. Na (ręcznie malowanym!) plakacie niżej: pierwsza od lewej.

Tempeh

Tempeh to rodzaj fermentowanej soi, która pochodzi właśnie z Indonezji! Smacznie zasmażony mogłabym spokojnie dodać na listę swoich comfort foods. Do tej pory szukam odpowiednio smacznego w Polsce/Niemczech. Jak ktoś ma cynk to chętnie skorzystam ;).

Tempeh …z ryżem

All you can eat

Przy głównej drodze stanowiącej granicę dzielnicy znajdowała się knajpka z opcją all you can eat, „jesz ile chcesz”. Pod warunkiem, że jest się gabarytów Indonezyjczyka. Do tej pory pamiętam historię o znajomym znajomych z aparycją koszykarza, który przy każdej kolejnej wizycie otrzymywał nieco inną ofertę. Na początku limity dokładek, potem już nie wszystko można było nakładać ponownie, cena też uległa zmianie. No cóż, biznes is biznes ;). My akurat braliśmy na wynos i w tym przypadku pani z gastronomii nakładała własnoręcznie do papierków.

Oczywiście jest też ryż!

Przynieś sobie sam – jedzenie na plaży

Przy pobliskiej plaży Pantai Depok Gznajdują się gastronomie serwujące ryby i owoce morza, z widokiem na plażę. Wszystko fajnie, ale zanim je ktokolwiek przyrządzi, trzeba przynieść sobie własne produkty. Na pomoc przychodzi pobliski targ rybny, na którym można się zaopatrzyć i zasięgnąć rady. Trzeba tylko pamiętać, że wielkość porcji oraz stosunek ryby do ryżu są iście indonezyjskie. My wzięliśmy ze trzy razy więcej niż sugerowano a i tak było nam trochę smutno że mało (a pyszne!).

Targ rybny i pani, która doradzała co kupić.

Podejrzewam, że plaża jaka jest, każdy widzi, ale bardzo zapadły mi w pamięć przeogromne fale oraz czarny, wulkaniczny piasek. Było jakoś tak nastrojowo i majestatycznie ;).

Jawajski teatr cieni

Na deser zostawiłam historię o lokalnych, tradycyjnych przedstawieniachW skrócie: misternie wykonane lalki są poruszane przez mistrza ceremonii a ich cienie rzucane są na ekran. Wszystko to przy akompaniamencie śpiewu i muzyki. Więcej o teatrze cieni możecie przeczytać tu.

Ponoć tradycyjne przedstawienia trwały całą noc, natomiast nasze to bagatela trzy godziny. Mimo początkowych zachwytów atmosferą i totalną odmiennością od europejskiego dorobku sztuki teatralnej wypadliśmy w trakcie z obiegu. Moim zdaniem naprawdę warto to wszystko zobaczyć, jednak jawajski teatr cieni pozostawiam w kategorii sztuki dla koneserów ;).

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło: w związku z ogólnym znużeniem samym przedstawieniem zaczęłam baczniej obserwować całą otoczkę, w tym pozostałych współtwórców. My tu przychodzimy nastawieni na wzniosłe duchowe doznania a tymczasem jeden z muzyków w trakcie spektaklu otwiera pudełko z jedzeniem i wcina jakiś makaron, drugi zaś między swoimi partiami obiera jajko. A mama mi mówiła, że nie wypada jeść w teatrze! Chociaż może to zależy od tego, po której stronie sceny się siedzi. I w sumie jak tu przeżyć trzy godziny bez ryżu!

Tak to wygląda od właściwej strony
A tak od „zaplecza”

To było dawno i (mam nadzieję, że) prawda. Jeśli wybieracie się w okolice Yogyakarty, wygooglujcie (o ile już tego nie zrobiliście) hasła takie jak „batik”, „Borobudur”, „Prambanan”, „Alun-Alun Kidul” (nocą!).

A za wspaniałe wspomnienia (oraz ich tutejszą korektę 😉 ) dziękujemy Łajzie i Misiowi!

Borobudur
Ja w Borobudur. Bardzo rano.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.