.Food

Sześć miast w kilka godzin, czyli rejs po Morzu Śródziemnym

O tym jak bardzo moje romantyczne marzenia dotyczące rejsu statkiem wycieczkowym minęły się z rzeczywistością już piszę, ale póki co, prawie na żywo, opowiem Wam jak zwiedzaliśmy poszczególne miasta w czasie naszej podróży. Bo mimo pewnych rozczarowań, było przewspaniale! W ogóle mam wrażenie, że nasza podróż zamiast tygodnia trwała trzy.

Będzie nie tylko o tym co robiliśmy (oraz polecamy), ale też jak wiele rzeczy nam nie wyszło (a Wam może się udać!) i jak przeżyliśmy intensywne zwiedzanie z dwójką maluchów. Dowiecie się jak walizki Wittchena znoszą ciężar w postaci trzylatka, w jaki sposób przyrządza się we Francji jajecznicę, dlaczego nasz rozwód nie doszedł do skutku a także gdzie się kupuje Pampersy podczas sycylijskiej sjesty. I a propos każdego miasta będę miała parę praktycznych informacji, nie tylko dla rejsujących. Zaczynamy!

Dzień 1. Barcelona (Hiszpania)

Sercem

Już sam dojazd do miasta był całkowicie w naszym stylu. Nasz samolot lądował bardzo późno, więc ze względu na dzieci zamówiłam transport. Kto potrzebuje dwóch fotelików samochodowych i nie ma ich ze sobą, ten wie jak skomplikowane potrafi być życie. W każdym razie pan transferujący był bardzo miły, ale mimo zamówienia, fotelików nie ogarnął. Tzn. miał jeden, ale sama dociągałam pasy żeby w ogóle trzymał się kanapy a i po tym zabiegu dziecko latało w nim niczym worek fasoli.

Milej było następnego dnia, bo zwiedziliśmy Mercat de la Boqueria (w sensie bazar) zanim wlały się do niego rzesze ludzi. Zjedliśmy dobre buły z chorizo/szpinakiem a totalnym hitem był Pinotxo Bar przy samym wejściu z przepyszną kawą oraz jeszcze lepszym Xuixo! Tak w ogóle od tego wyjazdu jesteśmy oficjalnymi fanami Xuixo, którego nazwy do tej pory nie potrafię wypowiedzieć tak ładnie jak Katalończycy. A tak w ogóle to kawę parzył pan, który chyba już od pięćdziesięciu lat jest na emeryturze. Dobry klimat. Śniadania, które jedli inni wyglądały bardzo zachęcająco i żałowałam, że chwilę wcześniej zapchałam się bułą.

A tych gotowych sałatek owocowych i „soków” na straganach nawet nie tykajcie!

Potem zwiedzaliśmy Dzielnicę Gotycką, w której naturalnie także było pełno ludzi, ale równie dużo fajnych smaczków i mam tu na myśli bardziej murale czy witryny sklepów. Podobno tamtejsze Churros też dają radę. Na Dużych Podróżach znajdziecie mnóstwo inspiracji odnośnie tej części Barcelony.

A potem na statek! Dotarliśmy tam w sposób masochistyczny, ale po informacje na ten temat odsyłam do praktycznego działu, piętro niżej.

Rozumem

Organizując transport z lotniska do centrum Barcelony wybrałam transfery Welcome, ze względu na dobre opinie odnośnie fotelików samochodowych. Jak widzieliście wyżej, coś jednak nie wyszło. Muszę jednak przyznać, że obsługa klienta dała radę – jedyny plus całej tej sytuacji był taki, że sprawnie otrzymaliśmy pełen zwrot kosztu nie do końca udanego transferu, który koniec końców i tak się odbył. Wierzę, że miałam pecha i myślę, że jeszcze kiedyś damy Welcome szanse.

Jedyne co w nocy (do ok. godziny pierwszej) jeździ z lotniska to autobusy do Plaça de Catalunya. Jeśli jednak wybieracie się w dzień to oprócz tego, że można pociągiem, dotrzecie do miasta również metrem (z jedną przesiadką). Ostatnia forma dojazdu wlicza się w cenę biletu dobowego na transport publiczny (takiego zwykłego, z automatu), więc jak planujecie potem jeszcze pojeździć po mieście to się bardzo opłaca! A tym co zostają dłużej może się przydać barcelońska karta, o której nic więcej nie wiem ;).

Dla rejsująych

A jak dotrzeć z portu na statek? Jakby się uprzeć to można pieszo, zwłaszcza gdy macie mało bagażu, macie kondycję do wspinaczki pod górkę i nie jest za gorąco. My przegraliśmy życie chcąc oszczędzić 3 Euro (od dorosłej osoby) na shuttle busa. Nie róbcie tego. Jest dalej niż się wydaje, bo nie tylko zmotoryzowani muszą pokonać ten most co go widać z daleka a do tego droga przy samych terminalach jeszcze zakręca a dla pieszych nie ma skrótu. Jedźcie.

Jeszcze nieświadomi tego co nas czeka grzejemy do naszego terminalu w porcie! Walizki Wittechna słabo znoszą dodatkowe obciążenie trzylatkiem.

Dzień 2. Marsylia (Francja)

Sercem i żołądkiem

Najpierw szok i niedowierzanie, że ze statku nie wysiada się ot tak, tylko że tłumy, kolejki i jeszcze potem 20 minut dojazdu z portu. A potem ze wszystkich miejsc, które planowaliśmy odwiedzić, daliśmy radę zaliczyć tylko stary port. Ilość żaglówek zrobiła na nas wrażenie prawie takie jak jajecznica przygotowywana po francusku, czyli na parze oraz tak idealne jajka w koszulkach, że już wiem do czego dążyć w życiu.

Co mnie bolało to stanowczo za dużo samochodów naokoło – nie daliśmy rady uciec dalej, bo z okazji strajku ruchu żółtych kamizelek nasz ostatni autobus odjeżdżał o 14:00. Ale zaliczyłam turystyczną fotę stulecia, bo Leon chciał „wrzucić pieniążek”, ale potem wstydził się pozować z obcym, wysmarowanym gliną panem:

Żołądkiem

A jakby ktoś szukał miejsca na posiłek w okolicy starego portu to w Maison Geney jest wszystko pyszne! Jedliśmy wspaniałe kanapki na ciepło, które kupowali wszyscy ;), do tego domowe lody, bez zbędnej folii. Możecie się wcześniej wspiąć ładnym placem Villeneuve-Bargemon a jeśli przypadkiem zostawicie tam plecak ze wszystkimi dokumentami to będziecie mieli z knajpy dość blisko żeby po niego szybko dobiec (tak tylko słyszałam).

Rozumem, dla rejsujących

Jeśli właśnie wysiedliście z wycieczkowca i nie chcecie płacić 15 euro za transfer spod statku do miasta to jakieś 500 metrów dalej jest darmowy. Niestety nie wiem dokąd dokładnie dojeżdża, ale dla takich oszczędności chyba warto sprawdzić.

Dzień 3. Genua (Włochy)

Sercem

Genua zrobiła na nas dobre wrażenie, bo dotarliśmy do niej w niedzielę rano. Oznaczało to wszechobecny spokój, którego od paru dni tak bardzo mi brakowało! W części turystycznej kręciło się tylko trochę ludzi z naszego statku (a jakże) i jakiś pan grał na saksofonie. Muzyka niosąca się przez pół miasta była balsamem dla mojej duszy po ciągłym statkowym umcy umcy. Dzieci też były zachwycone miastem – zgodnie ze świecką tradycją zmoczyły się w fontannie już w pierwszej godzinie zwiedzania.

Piękne matczyne zdjęcie z fontanną
…i jego kulisy

Tak w ogóle Genua położona jest na wzgórzu co wiąże się z licznymi windami oraz kolejkami obecnymi w transporcie publicznym. Najchętniej wjechałabym wszystkimi po kolei żeby sprawdzić co (oprócz widoków) znajduje się na górze! Ponieważ jednak nie chciałam rozwodu, ograniczyłam się do Spianata Castelletto, czyli windy w secesyjnym stylu przy Piazza del Portello. Na górze czekał na nas niesamowity widok na całe miasto, a nieco dalej, pyszne lody i kawa. Spróbowaliśmy też po raz pierwszy włoskiego semifreddo, co pozwoliło mi stwierdzić, że wolę jednak polskie podróbkitrochę mniej tłuste i zasypane mnóstwem dodatków.

Teraz ta najśmieszniejsza część. Genua jest miastem foccacii, w związku z czym wypiek ten miał się stać głównym motywem zwiedzania miasta. Do tego stopnia, że przed wyjazdem poświęciłam mnóstwo energii na tłumaczenie włoskich stron z lokalnymi rankingami najlepszych producentów. Stworzyłam nawet mapę, zastanawiając się czy powinniśmy jechać do najlepszej oddalonej godzinę drogi od centrum czy jednak zadowolić się miejscem trzecim, ale nieopodal. Czy wspominałam, że Genuę zwiedzaliśmy w niedzielę? No właśnie. Jedyne co było otwarte to jakiś kiosk z foccacią, który wybór miał duży, ale mało smaczny. Zjedliśmy więc gnocci z pesto genovese, które zamówiliśmy jak dzieci jeszcze spały, a skończyło się to tak:

Leon zawsze i wszędzie wyjada mój parmezan. Na tę porcję też musiał się obudzić ;).

Rozumem

Miasto nie jest ogromne, ale polecam zakup biletu dobowego. Możecie tu i ówdzie podjechać metrem, a na Spinata Castalletto obowiązują te same bilety komunikacji publicznej.

Dla rodziców. Po wjeździe secesyjną windą, oprócz widoków zastaniecie duży plac nieco oddalony od ulic a nieopodal kawiarnię nie tylko z lodami, ale również z toaletą ;).

Poza tym w porcie na przeciwko Burger Kinga, znajduje się karuzela oraz dmuchańce dla dzieci. Jeśli chcecie wybiegać latorośle i usiąść na trzydzieści sekund to może być dobry pomysł. Jest też super oceanarium a także centrum nauki, na gorszą pogodę.

Dzień 4. Neapol (Włochy)

Sercem

Neapol to miejsce, które darzymy ogromym sentymentem i nie ukrywam, że płakałam ze wzruszenia, kiedy dopływaliśmy do portu. Tatinek spędził tu kiedyś rok swojego życia na zasadzie „po pięciu latach związku bierze się ślub, albo wyjeżdża na Erasmusa” (zgadnijcie co zrobił :D). Odwiedzałam go kiedy się dało i razem przejedliśmy tam miliony kalorii w miejscach polecanych przez lokalnych znajomych. A gdybyście chcieli wiedzieć co w Neapolu zobaczyć po tym jak już zjecie to zapraszam tutaj!

Byłoby z tego wspaniałe #10yearschallenge, gdybyśmy za czasów Erasmusa zrobili tutaj Tatinkowi zdjęcie. Ale nie zrobiliśmy. W każdym razie sztandarowe wejście do niechlubnej dzielnicy Quartieri Spagnoli było równocześnie drogą do mieszkania Konrada. Jak żyć to z klimatem ;).

Co przerażające, nie daliśmy tym razem rady zjeść pizzy, ale takimi prawami rządzą się podróże z małymi dziećmi. Zjedliśmy za to arancini, czyli kule na bazie ryżu, obsmażane w panierce. Właściwie to neapolitańczycy smażą wszystko, nawet pizzę. Pizza frita z di Matteo rządzi. Potem idźcie na espresso do Mexico. Zamawiając kawę przy barze w Neapolu, najpierw się płaci a potem kładzie paragon przyciśnięty jakąś drobną monetą w pobliżu baristy. Teraz nic, tylko czekać na gorący napój.

A jak zdarzy Wam się nagle zgłodnieć to pamiętajcie, że praktycznie w każdym małym sklepie spożywczym zrobią Wam kanapkę z tego co mają na stanie, najczęściej w cenie składników! Na migi też się da, przetestowałam.

Rodzinne zdjęcie z arancini. Zwracam uwagę na minę Leona i to co Felek zdążył zrobić ze swoim w 30 sekund od rozpoczęcia sesji.

Ogólnie rzecz biorąc nasz początek przeprawy przez miasto był ciężki i odsapnęliśmy dopiero jak kupiliśmy naszym jęczybułom lody. Desery podniosły nam nieco morale. Niestety na krótko, bo dwie godziny przed planowanym czasem drzemki chłopcy zapragnęli pójść spać. Oczywiście w terenie najlepiej zasypia się w ruchu, więc jedno do wózka, drugie do nosidła i drogę! Teraz był czas dla rodziców, którzy postanowili nadrobić zaległości browarnicze. Mimo że już nie raz słyszeliśmy jak Włosi w ramach pytania o włoskie piwo polecali Amerykanom niemieckiego Paulanera, nie daliśmy się nabrać i rytualnie nabyliśmy Nastro Azurro oraz Peroni. Idąc przez miasto z dwójką śpiących dzieci i dwiema butelkami piwa cieszyliśmy się w końcu neapolitańskim hałasem. Tylko trochę trudniej steruje się wózkiem jedną ręką idąc po kostce brukowej. Przeszliśmy całe centrum, które tak dobrze znamy i kochamy a w gratisie trafiła nam się jeszcze godzina spokoju na ławeczce nad morzem.

Patologiczna matka z piwkiem w ręku i śpiącym w nosidle dzieckiem oraz ręka patologicznego ojca. W drugiej chwilowo aparat a ogólnie to wózek z drugą latoroślą.

Żołądkiem (i rozumem)

Krótki wykaz tego co gdzie można (trzeba!) spałaszować pizzę.

  • Di Matteomoje ulubione pizza fritta i pizza bianca (tak poza tym zawsze podziwiałam jak pan pizzaiolo z kiepem w buzi wrzucał pizze do kotła z olejem),
  • Starrita – pizza fritta i domowa Nutella,
  • Da Michele – dla doświadczenia stania w kolejce do pizzerii oraz wszechobecnych zdjęć Julii Roberts jedzącej pizzy tak jak się w Neapolu jeść nie powinno, Włosi się mocno z niej podśmiewają 😀 (kręcono tam Jedz, módl się, kochaj),
  • Decumani I – dla małej mozarelli di bufala na środku gotowej pizzy,
  • pizzeria Gino Sorbillo – stała się bardzo znana, kolejki jeszcze dłuższe, a serwowane pizze noszą imiona dzieci założyciela.

Dla rejsujących

Jak zwykle transfery ze statku to jakaś pomyłka cenowa, tak więc np. do Pompejów możecie dojechać pociągiem z dworca głównego znajdującego się nieopodal portu. Za kilka euro zamiast kilkudziesięciu.

Dzień 5. Mesyna (Włochy)

Sercem

Na Sycylii coś mi odbiło i postanowiłam zabrać nas na rodzinną przejażdżkę autobusem typu Hop On Hop Off. To był chyba w ogóle najtrudniejszy dzień wyjazdu. Wracając do naszego środka transportu: błagałam Tatinka o wysiadkę jeszcze zanim ruszyliśmy, bo znudzony Felek urządzał awantury wchodząc częstotliwością wrzasku na ultradźwięki. W czasie jazdy nie było dużo lepiej, ale uratowały nas żelki. Wyskoczyliśmy z autobusu już na pierwszym wzgórzu zakładając, że wykonał już swoją pracę oszczędzając nam wspinaczki. Do tej pory nie wiem co za kościół tam zastaliśmy, ale dobrze się za nim przewijało i widoki też były ładne. Na dół zeszliśmy już pieszo. A prawda była taka, że tylko ja bardzo chciałam zobaczyć co jest z drugiej strony wzgórza i zastosowałam paskudny szantaż emocjonalny wobec mojego męża w stylu „no tak, mamy dzieci, musimy być rozsądni, może kiedyś tu wrócimy”. On musi mnie strasznie kochać, bo znów się ze mną nie rozwiódł a do tego poszedł tam gdzie chciałam. Ale trasa okazała się być bardzo ładna, więc warto było zaryzykować rozpad małżeństwa!

Finalnie osiedliśmy w jednym z parków pełnym niedziałających pojazdów na monetki. Dla naszych dzieci stopień funkcjonalności nie miał większego znaczenia, więc przez godzinę zajmowały się zabawą, kiedy Tatinek polował na obiecane młodym lody (a jakaś para namiętnie całowała się za krzakami nieopodal). Nie było to łatwe, bo zaczęła się sjesta. Zawsze bawi mnie ten odpoczynek w środku dnia, kiedy na zewnątrz jest całe osiemnaście stopni i w sumie dałoby się bez uszczerbku dla zdrowia popracować. Finalnie Tatinek znalazł lodziarnię, w której z racji pory roku (marzec, więc jeszcze zima!) nie było normalnych lodów. Tylko takie miniaturowe. Dzieci jednak zaakceptowały zakup a moje matczyne serce przepełniało szczęście, że chociaż tego dnia wakacji zeżarły nieco mniej cukru (a wspomniana para dalej namiętnie całowała się za krzakami nieopodal).

Leon, jego monster truck i mistrzowie drugiego planu (szukajcie!).

Prawdziwy rodzicielski dramat rozpoczął się jednak kiedy w godzinach sjesty odkryliśmy, że kończą nam się pieluchy, ale o tym gdzie takowe dostać już w kolejnym dziale (Rozumem, dla rodziców).

Na finisz zjedliśmy must eat, czyli sycylijskie canollo. Jeśli chcecie powtórzyć, którąś z naszych mesyńkich historii to najlepiej właśnie tę część!

Rozumem, dla rodziców

Jeśli szukacie zielonej oazy na postój w zwiedzaniu to polecam park przy Villa Mazzini nieopodal pomnika Neptuna. Znajdziecie tam multum przedziwnych rozrywek – przy odrobinie szczęścia działających: pojazdy-automaty, kulkownie i miękkie place zabaw do wspinaczki w plenerze. Poza tym na miejscu widziałam (zamkniętą wtedy) małą gastronomię. W pobliżu bramy od strony Neptuna jest też klasyczny plac zabaw.

Jeśli szukacie zaś pieluch to we Włoszech znajdziecie je również w aptekach. Nam właśnie to uratowało życie, chociaż podczas sjesty czynna była tylko jedna, w pobliżu naszego statku. Ogólnie w środku dnia załatwicie cokolwiek bliżej typowo turystycznych lokalizacji.

Dzień 5. Valletta (Malta)

Sercem

W Valleccie było tak fajnie, że wysiedliśmy ze statku dwa razy. Drugim powodem było to, że podczas pierwszej wizyty zgubiliśmy but dziecka po tym jak wpadło nam do fontanny.

Część historyczna stolicy Malty jest już oficjalnie moją miłością – przez zgrabne połączenie brytyjskich, włoskich i islamskich klimatów. Z jednej strony ręcznie malowane szyldy ze staranną typografią, budki telefoniczne rodem z Londynu, english breakfast a z drugiej całkiem włoscy mieszkańcy, sycylijskie słodycze i makarony. A co najważniejsze, wszechobecne kolorowe drewniane wykusze („balkoniki”) wywodzące się z islamskiej architektury, które nadają miastu niesamowity klimat. Bardzo podobał mi się fakt, że nie trzeba było daleko uciekać, żeby ominąć tłumy – prawie każda boczna uliczka jest śliczna i bardzo często pusta.

Z ludzkich akcentów najbardziej bawili mnie panowie z bryczkami pytający Konrada łamaną angielszczyzną „Do you want to ride my horse?” i mam szczerą nadzieję, że nie wiedzą co to pytanie może mniej dosłownie znaczyć.

Żołądkiem

Sunday in Scotland to czekoladziarnia, w której jedliśmy lody. O matko, jakie to było dobre! Na zdjęciach jeszcze czekamy, ale jak widać i w tym czasie się nie nudzimy.

Dla rejsujących

Z portu dotrzecie do części historycznej wspinając się pod górkę na wprost (trochę w lewo a potem w prawo) albo idąc za tłumem w lewą stronę, do windy. Wjazd kosztuje jeden Euro od dorosłej osoby. Ewentualny zjazd wliczony w cenę.

Dzień 6. Na morzu!

To dzień kiedy ludzie wydają na statku swoje fortuny m.in. kupując dzieciom lody czekoladowe, żeby finalnie i tak puścić im Psi Patrol. Oprócz tego bujało bardziej niż zwykle, więc miałam wrażenie, że mogłabym przespać cały dzień. Reszta rodziny była w pewnym sensie podobnego zdania, bo latorośle i Tatinek zaliczyli trzygodzinną drzemkę a ja po raz pierwszy w życiu przez tyle czasu ciągiem czytałam książkę!

Dzień 7. Barcelona raz jeszcze!

Sercem

Po powrocie do Barcelony udała nam się tylko jedna ze wszystkich planowanych rzeczy, mianowicie odpowiedni taras przylegający bezpośrednio do naszej noclegowni:

Kochamy AirBnB za takie miejsca do spania w cenie zdecydowanie niehotelowej.

Pal to licho, że wieczorem padało i nawet nie dało się tam siedzieć! I że w łóżkach nie dało się spać :D.

Tak poza tym nie zwiedziliśmy Parku Güell, bo kto by przypuszczał, że w piątek po południu wszystkie bilety mogą być wykupione. Casa Batlló był zaś w remoncie, z całą fasadą zasłoniętą. Gaudi nas chyba nie lubi. Przychylniej spojrzał na nas dzień później kiedy to udało mi się nabyć drogą kupna bilety do Sagrada Família. Wprawdzie chcieliśmy zwiedzać o 9:00 a jedyne dostępne były na 13:00, ale nie będę się dalej pogrążać. To całe czekanie i kombinowanie było jednak warte swojej ceny, mimo że czas spędzony w bazylice nie należał do szczególnie łatwych. Młodzież do wczesnego popołudnia zdążyła się zmęczyć – starsze jęczało, że chce żelki a młodsze, że cyca (uroki nocnego karmienia dużych dzieci 😉 ). Pierwsze ostatecznie zasnęło a drugie dostało czego chciało (bo przecież jakoś trzeba zwiedzić). W związku z tym zaliczyłam najbardziej osobliwe karmienie w swojej karierze matki, tuż pod jednym z witraży ciągle fotografowanym przez turystów. W każdym razie zwiedzanie Sagrada Família to jedno z moich piękniejszych wspomnień naszego wyjazdu i choćby się waliło i paliło to warto!

Na dowód, że nie kłamię: remont fasady Casa Batlló
Sagrada Família i mały, zadowolony już z życia wyłudzacz 😉

Z nieplanowanych rzeczy wyszły nam bardzo dobrze (na drogę) małe kaczuszki w Barceloneccie:

Rozumem

Ja wiem, że to nic odkrywczego, ale jednak w przedwyjazdowej chorobie o tym zapomniałam. Rezerwujcie/kupujcie bilety online! Nie dość, że w ogóle będą jakiekolwiek dostępne to do tego często tańsze niż w kasach. Np. w Sagrada Família musiałam dołożyć po pięć Euro od dorosłej osoby w porównaniu z tym co zapłaciłabym kupując przez internet.

Dla rodziców. Do bazyliki Sagrada Família jest osobne wejście dla ludzi z wózkami, także dziecięcymi. Idźcie tam! Jest bez porównania szybciej. Do tego mnóstwo wskazówek na temat strategicznych punktów typu toaleta z przewijakiem ;).

A na przeciwko bazyliki jest bardzo fajny park z widokiem na to cudo. Do tego jest dużo luźniej, bo jednak wycieczki dorosłych ludzi na ogół nie wchodzą tłumnie się pohuśtać. Fajne miejsce na podziwianie widoków.

Na koniec

To jest niesamowite ile można zobaczyć i przeżyć w kilka dni! Nigdy nie zaliczyłam takiego tempa zbierania doświadczeń podczas podróży z naszymi dziećmi. Mimo że opisywałam bardziej kryzysowe aspekty naszej podróży (bo z takich najlepiej się po fakcie śmieje) to było naprawdę miło a nasza młodzież do tej pory opowiada o mnóstwie rzeczy, które razem przeżyliśmy. Głównie o mnóstwie aut, wielu statkach i lodach w umiarkowanej ilości, co zrobić. Tak sobie czasem myślę, że te nasze podróże to serio masochizm, no ale przecież to z definicji doznawanie przyjemności!

2 odpowiedzi »

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.